Rozdział VII.
24 sierpnia 2009,15:37

Mam nadzieję, że wytkniecie mi błędy, których na pewno jest całe stado.
Jeżeli macie ochotę, to zapraszam na mój prywatny blog animam debet.



Siedział na obrotowym krześle, ustawionym bokiem do starego, zniszczonego biurka. Wyglądał na wyraźnie spiętego: nogi miał szeroko rozstawione, łokciami opierał się o kolana i kręcił swoim fioletowym kapeluszem. Wzrokiem błądził po drzwiach gabinetu, które przed chwilą zatrzasnęła za sobą Audrey. Wpadła tylko na chwilę, aby dowiedzieć się o postępach w sprawie swojego ojca. Dowiedziawszy się o stanie dochodzenia, wyszła, tłumacząc się kolacją u znajomych i Alanem. Kimkolwiek on by nie był. Zostawiła go wpatrującego się w miejsce, w którym przed chwilą zniknęła, z mętlikiem w głowie. Czuł się dziwnie pusty. Jakby wyprano go ze wszelkich uczuć, gdy tylko jej postać uciekła z zasięgu wzroku, a w umyśle pozostał tylko wyimaginowany portret tej maleńkiej osóbki. Doskonale pamiętał jej nieśmiały, grzeczny uśmiech, pojawiający się przy powitaniu. Czuł, że mogły całymi godzinami przyglądać się jej ustom, które – mimo że dolna warga była dwa razy większa od górnej – według niego były najmocniejszym i najpiękniejszym elementem tej bladej, pokrytej delikatnymi piegami twarzy. Uwielbiał przypatrywać się, kiedy otwierała buzię, ukazując rządek zębów. Wtedy jej jasnozielone oczy przybierały kształt migdałów, pod którymi powstawały niewielkie zmarszczki, i ukazywały się kości policzkowe. Oczami wyobraźni ciągle widział jej brązowe, ciasno spięte z tyłu głowy włosy, które przy zmianie oświetlenia wydawały się rude. W uszach udźwięczniał odgłos jej szaty, która wzdymała się przy każdym kroku, co do joty odwzorowywał jej głos i śmiech, którym go raczyła, gdy opowiedział swój ulubiony kawał o goblinie, skrzacie domowym i czarodzieju.
Nie wiedział dlaczego reagował na nią tak emocjonalnie. Dlaczego serce waliło mu jak oszalałe, gdy spotykał ją przypadkiem na korytarzu Ministerstwa, a dlaczego przestawało dawać oznaki życia, kiedy znikała za zakrętem. Dlaczego rozpamiętywał każdą jej wizytę w swoim gabinecie, dlaczego nie mógł odegnać jej roześmianej twarzy sprzed oczu. Dlaczego interesowała go faktura jej skóry i dlaczego, do licha, ciekawiło go czy jej usta smakują tak samo, jak pachnie ciało - malinami.
Do dodatkowych przemyśleń na jej temat zachęcała go mgiełka tajemniczości, którą była owiana. Wydawała się osobą niezwykle ufną i naiwną. Oddała w jego ręce sprawę własnego ojca, co oznaczało , że musiała pokładać w nim wielkie ilości wiary i… no cóż, zaufania. Wiedział, że najważniejsza dla niej była rodzina i ludzie, na których jej zależało. Była także pracowita i w pełni oddawała się temu, co akurat miała do zrobienia. Umiała połączyć ze sobą wiele aspektów, z którymi większość populacji miała problemy. Pracowała do późna, zajmowała się oskarżeniem wysuniętym przeciwko Antoniuszowi, a potem… no właśnie, co robiła, gdy wychodziła z budynku Ministerstwa? Dokąd się kierowała? Zawsze po spotkaniu teleportowała się, zanim zdążył zapytać o cokolwiek. Kilka razy wspominała o Alanie, nie wyjaśniając kim jest ten mężczyzna. Narzeczonym? Mężem? Bratem? Często widywał ją w towarzystwie ludzi, którzy również wydawali jej się tajemniczy. Często znikała w godzinach pracy, jednak nie udawało mu się ustalić czy w imieniu biura amnezjatorów czy w innych sprawach.
Ostatnią niewiadomą był jej stosunek do niego. Nie mógł jej przejrzeć. Była miła, serdeczna i… bardzo zachowawcza. Dlatego nie wiedział czy wypływało to z przyjaźni, czy dobrego wychowania. Widywał ją żartującą w towarzystwie pracowników biura aurorów, a nawet był świadkiem, jak rzuciła się na szyję mężczyźnie o kasztanowych, mocno zmierzwionych włosach. Gdyby nie jej wyraźne zawstydzenie po tym incydencie, podejrzewałby tę dwójkę o wielką zażyłość.
Pragnął ją poznać i dowiedzieć się odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania.

***


Od spotkania ze śmierciożercami pod domem Emeliny minął tydzień. Czas ten był dla Audrey niezwykle pracowitym i trudnym okresem. Alan nadal budził się w nocy z krzykiem, płakał słysząc trzask, zwiastujący teleportację czy widząc kolorowe iskry wystrzeliwane z różdżek. Marudził, gdy wychodziła do Ministerstwa, a następnie czekał do późnej nocy na jej powrót, aby usłyszeć bajkę z ust mamy. Tymczasem dziewczyna była rozrywana, codziennie toczyła walkę z samą sobą. W pracy wymagano od niej pełnego poświęcenia, w Zakonie musiała pomagać w planowaniu nowych ataków, mających na celu pojmanie kilku przestępców lub pilnowała (zazwyczaj razem z Emeliną lub Syriuszem) ważniejszych osobistości społeczności czarodziejów. Do swojego pokoju, który dzieliła wraz z synem, powracała późnymi wieczorami lub ciemną nocą. Czasem, gdy udawało jej się wyrwać na chwilę, przychodziła do Alana, aby się z nim moment pobawić, a potem wracała w te pędy do Ministerstwa. Bez przerwy chodziła niewyspana, co starała się zamaskować litrami kawy, które wypijała każdego dnia. Zdarzało się, że zasypiała nad pergaminami czy mapami, jednak nie był to mocny, zdrowy sen. Bardziej przypominało to omdlenie ze zmęczenia, niż regenerowanie sił. Miała także przerażające koszmary, polegające na odczuwaniu emocji, a nie na obrazach. Zamykała oczy, żeby przenieść się do świata strachu, bólu, przerażenia. Otwierała oczy, spodziewając się zmiany, która nie następowała. Ciągle błądziła w ciemnościach…
Jednak tydzień, który upłynął od ostatniej bitwy ze śmierciożercami, nie był do końca stracony. Udało się przekonać ojca Audrey do zeznawania podczas swojego procesu. Większość zasług spadło na Dedalusa i Remusa, którzy okazali się świetnymi mówcami o ogromnej sile perswazji. Nie było mowy, aby Antoniusz nie ugiął się pod ciężarem argumentów, jakie mu zaserwowali. Przekonała go także obietnica wzmożenia ochrony rodziny Macmillan i brak zarzutów obciążających aptekę, prowadzonej przez niego, które mogłyby spowodować zamknięcie firmy.
Jednak nawał obowiązków sprawiał, że Audrey stawała się nerwowa i wyjątkowo niemiła.
- Jasna cholera – przeklęła głośno, trzaskając drzwiami do salonu, gdzie siedziało kilkoro członków Zakonu. – Jakbyśmy nie mieli kupy roboty w sprawie czyszczenia pamięci mugolom przez ataki Sami-Wiecie-Kogo! – krzyczała, machając rękami na wszystkie strony. – Wyobraźcie sobie – rzuciła torebkę przez oparcie wolnego fotela, strasząc kota, leżącego na meblu – że niejaki Crispin postanowił hodować w ogródku sfinksy! Na stado hipogryfów, wiecie jak przestraszył biednych ludzi? Byli bardziej przerażeni od tej rodzinki, której czyściłam pamięć tydzień temu! – Padła na siedzenie, zrzucając zwierzę na podłogę. – Doigrał się. Prawdopodobnie trafi do Azkabanu. Jakby ten i tak nie był przepełniony, a dementorzy nie pałętali się bez większej kontroli po świecie!
- Słyszałem o nim – potwierdził Artur Weasley, wchodząc do pomieszczenia zaalarmowany trzaskiem wrót. – Chyba nie wiedział czym to się może skończyć…
Drzwi po raz kolejny otworzyły się, skrzypiąc złowieszczo. Do pomieszczenia wszedł, a właściwie wtargnął, Syriusz. Szczękę miał zaciśniętą, z oczu trzaskały mu błyskawice, a dłonie zaciskał w pięści. Niewątpliwie był wściekły.
- Gdzie jest Meadowes? – warknął, przypominając psa.
- Tutaj jej nie ma. – Z kuchni wyszła Molly. – Czy ona nie miała dzisiaj dyżuru u Ministra Magii?
- No właśnie miała! – wykrzyknął Syriusz, plując wokoło. – Ale się nie pojawiła! Na dom Milicenty Bagnold napadli nasi dobrzy znajomi! Na szczęście kobieta ma łeb na karku i zwiała im.
- Żartujesz! – pisnęła Audrey, chociaż po minie Blacka domyśliła się, że to nie była kpina. Przeszedł ją dreszcz strachu, gdy rozglądała się po twarzach zebranych. Artur wpatrywał się w Syriusza, jakby chcąc mu przesłać wiadomość telepatycznie. Dłonie miał zaciśnięte w pięści. Molly oparła się o ścianę, wtapiając się w nią jak kameleon. Była równie blada co tynk pokrywający powierzchnię. Dłońmi zakrywała usta. Elfias Doge, który był bardzo rzadkim gościem w kwaterze głównej, wyglądał jakby niedowierzał słowom Syriusza. Błądził wzrokiem po licach towarzyszy, jakby czekając, aż ktoś krzyknie „dałeś się nabrać, Doge!” Benio Fenwick zakrył oczy.
- Dumbledore wie? – zapytał łamiącym się głosem Artur.
- Nie zdążyłem go zawiadomić. Miałem nadzieję, że tutaj ją spotkam – warknął przez zęby Syriusz. – Zaraz się tym zajmę…
- Nie. – Doge wstał z kanapy. – Ja to zrobię – rzucił, po czym wyszedł trzaskając drzwiami.
W pokoju zapanowała pełna napięcia cisza. Dorcas była osobą niezwykle poukładaną, porządną i punktualną. Nigdy nigdzie się nie spóźniała, a swoje obowiązki wypełniała w stu procentach. Dawała z siebie więcej niż ktokolwiek inny, nawet gdy tego od niej nie wymagano. Niemożliwym więc było, że nie przyszłaby na posterunek. Szczególnie, jeśli chodziło o ochronę Ministra Magii! Milicenta Bagnold była jedną z najważniejszych osób w społeczeństwie. Zakon starał się zapewnić jej spokój, aby mogła wypełniać swoje obowiązki, a także starano się jej nie opuszczać ani na krok w razie gdyby śmierciożercy starali się na nią napaść, porwać bądź rzucić zaklęcie Imperius. Kobieta ciągle była niebezpieczeństwie, lecz jeżeli udałoby się im ją zaczarować, groza zawładnęłaby wszystkimi czarodziejami.
Dorcas musiało się stać coś strasznego…


Trzecie piętro Ministerstwa Magii nazywane było Departamentem Magicznych Wypadków i Katastrof. Mieściły się tam wydziały Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego, Kwatery Głównej Amnezjatorów, a także Komitetu Łagodzenia Mugoli. Kondygnacja zawsze była zatłoczona, szczególnie w czasach wojny z Lordem Voldemortem i jego sprzymierzeńcami. Oddziały te miały ręce pełne roboty.
Audrey, która powinna pisać raport z ostatniej akcji, gdzie odkryto nielegalną hodowlę młodych norweskich smoków kolczastych, zasypiała na swoim zawalonym papierami biurku. Powieki miała jak z ołowiu, mimo wypicia kilku dużych kubków mocnej kawy. Czuła się odrętwiała i miała niepokojące wrażenie, że myśli co najmniej dwa razy wolniej niż zazwyczaj. Przez zaginięcie Dorcas Meadowes nie przespała nocy, szukając jej wraz z całym Zakonem Feniksa i oddziałem aurorów, zwerbowanym do pomocy przez Moody’ego. Niestety nigdzie nie natrafiono na ślady kobiety, którą okrzyknięto zaginioną. Rosnące w Audrey zmęczenie osiągnęło swój najwyższy poziom, powodując całkowite wycieńczenie organizmu.
Po przybyciu na miejsce przestępstwa, znaleziono stado smoków, składające się z czterech ziejących ogniem okazów, mierzących dwie stopy długości… Macmillan przeleciała wzrokiem ostatnie zdanie raportu, który poprawiała, marząc o wykałaczkach, którymi mogłaby podeprzeć sobie ociężałe powieki, zupełnie jak w bajkach, oglądanych przez Alana.
Przez zmęczenie zaczęła wolniej odbierać bodźce z zewnątrz, dlatego nadejście gościa zauważyła dopiero, gdy stanął naprzeciwko jej biurka i grzecznie się przywitał, patrząc na nią z politowaniem i współczuciem. Podniosła głowę o cal, mierząc wzrokiem przybysza i mrucząc „Cześć” w ledwo zrozumiały sposób.
- Oj, Audrey, Audrey… Wykończysz się, jak dalej tak pójdzie. Może powinnaś wziąć kilka dni wolnego?
- Urlop jest przywilejem nieosiągalnym dla amnezjatorów w czasie wojny z Sam-Wiesz-Kim. – Położyła głowę na blacie, rozlewając atrament na dokumenty. Dedalus pokręcił głową ze zrezygnowaniem. – Jakieś nowe wieści dotyczące sprawy ojca? – zapytała w kierunku pergaminów.
- Ustalono jakie ilości składników zostały sprzedane śmierciożercom przez twojego tatę. – Uśmiechnął się, patrząc na kosmyki włosów, uwolnione z ciasnego koka Audrey. – No i… - zawahał się. – Rano zakończył się proces Ludo Bagmana. Został oczyszczony ze wszystkich zarzutów.
- Co? – zapytała niezbyt przytomnie. – Możesz to powtórzyć? Tylko odrobinę wolniej…
Dedalus wybuchł śmiechem.
- Co tam masz? – Dopiero gdy podniosła głowę z biurka, zauważyła pudełko, trzymane przez Diggle. Na jego twarzy zaobserwowała lekkie zmieszanie. Jeszcze bardziej zainteresowała się paczuszką. – No pokaż.
Na ustach Dedalusa pojawił się nieśmiały uśmiech, gdy stawiał kartonik przed Audrey. W środku coś zagrzechotało i pisnęło. Ciekawość dziewczyny zmieszała się z lekkim lękiem.
- Przypałętało się do mnie dzisiaj z rana. – Wyjął maleńkiego rudego kotka, który zamiauczał cicho na widok Macmillan. – Kiedy go zobaczyłem, do razu pomyślałem o tobie. Spójrz tylko na jego oczy… mają identyczny odcień, co twoje.
Rzeczywiście ślepia zwierzątka były jasnozielone, a nie żółte, jak zazwyczaj. Jednak fakt, że Dedalus, widząc dachowca, pomyślał od razu o niej, wydał się jej podejrzany. Postanowiła przemyśleć tę kwestię, gdy tylko się wyśpi.
- Jest słodki, ale nie mogę go wziąć – tłumaczyła, patrząc na towarzysza spod przymkniętych powiek. – Chwilowo mieszkam u znajomych i nie powinnam sprowadzać im do domu żadnych dodatkowych lokatorów.
- Och… - westchnął. Wydawał się być zdziwiony. – W takim razie sam go przygarnę. Szczerze mówiąc już się do niego przywiązałem i…
Odwrócił głowę w stronę drzwi, wpatrując się w coś na korytarzu. Audrey, która praktycznie zasypiała na siedząco, również zdecydowała się spojrzeć w tamtą stronę. W progu stał szczupły mężczyzna o długich, rudych, sięgających ramion włosach i bladej cerze.
- Dzień dobry – mruknął dźwięcznym barytonem. – Szukam pani Audrey Macmillan.
Dziewczyna wstała z krzesła, chowając włosy za ucho i nieodrywaną wzroku od postaci, wchodzącej do gabinetu. Jedną ręką trzymała się oparcia, a drugą wyciągnęła w stronę przybysza.
- To ja. Audrey Macmillan, w czym mogę panu pomóc? – Czuła, że wykałaczki byłyby naprawdę dobrym rozwiązaniem. Trudno było jej się skupić na rozmowie, gdy w tym samym momencie walczyła z opadającymi powiekami.
- W takim razie ja już pójdę – rzucił Dedalus, biegając wzrokiem po twarzach zebranych. – Zobaczymy się później. Dowidzenia – pożegnał się, chwytając pudełko z kociakiem i wychodząc żwawym krokiem z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
- Proszę, niech pan usiądzie. – Miała wrażenie, że zaraz się przewróci, jeżeli nie znajdzie sobie jakiegoś oparcia.
Mężczyzna zajął miejsce, zwolnione przed chwilą przez Diggle, a następnie omiótł spojrzeniem szarych oczu postać Audrey, która z kolei zastanawiała się skąd zna rudowłosego i czego on może od niej chcieć. Pytał właśnie o nią, więc nie mogła zajść pomyłka odnośnie poszukiwanej osoby.
Przez myśl przeszły jej często powtarzane przez Moody’ego słowa: stała czujność!
- W czym mogę panu pomóc…? – zapytała ponownie, usilnie próbując sobie przypomnieć tożsamość gościa. Czy on jej się przedstawił? Może powinna poprosić go o podanie nazwiska… A jeżeli już to zrobił, wyjdzie na zapominalską i niesłuchającą osobę, co nie świadczyłoby dobrze ani o niej, ani Ministerstwie. W końcu je reprezentowała swoją osobą…
O czym ja, do licha, myślę?
Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo, po czym szybkim, gwałtownym ruchem wyjął zza pazuchy różdżkę i wycelował ją w Audrey, zanim zdążyła zareagować. Jego szare oczy zabłysły szaleństwem.
- Imperio! - ryknął swoim dźwięcznym barytonem.
Poczuła, jak wszystkie myśli odpłynęły jej z głowy. Odniosła wrażenie błogiej nieświadomości, a ostatnią rzeczą, jaką zapamiętała był wariacki śmiech rudowłosego mężczyzny.


&spades autorka przy pomocy tego oraz photoshopa cs2
&spades &spades &spades &spades &spades
I II III IV V VI